Turcja i niesamowity rafting [lipiec 2010]

Wybierając się na kolejną wakacyjną wycieczkę zagraniczną miałem za sobą doświadczenia po zeszłorocznej wyprawie do Egiptu. Tym razem wybór padł na Turcję, która, tak jak się zresztą spodziewałem, okazała się mieszanką kultury europejskiej i afrykańskiej z elementami bliskiego wschodu. Biurem podróży, które organizowało moją wycieczkę było tym razem Alfa Star, a miejsce pobytu zostało ustalone na miejscowość o nazwie Marmaris. Lot z Wrocławia trwał 3,5 godziny, a lotniskiem docelowym było Dalaman, oddalone dość znacznie od miasta Marmaris, stąd wycieczka po przylocie była dość męcząca, chyba bardziej niż sam lot, zwłaszcza, że już podczas tej wycieczki zachęcano mnie do kupna tureckich słodyczy na przydrożnych bazarkach i innych znamiennych dla Turcji towarów. Po dotarciu na miejsce do 3-gwiazdkowego hotelu musiałem stwierdzić, że ten sam standard w Egipcie wyglądał nieco lepiej, ale nie było najgorzej.

Zauważyłem też pewną prawidłowość: hotele z mniejszym standardem, mimo obiecanego polskiego rezydenta przez biuro podróży są znacznie rzadziej odwiedzane przez niego lub nią. Nie stało to się jednak powodem do płaczu, bowiem wycieczki fakultatywne można było kupić w pobliskim porcie za kwotę dużo niższą, co wyszło mi na dobre. Plaży w Marmaris nie można nazwać piękną, piaszczystą plażą i podejrzewam, że nad polskim Bałtykiem lepiej by się wypoczęło leżąc na piasku. Były za to inne atrakcje. Preferując aktywny wypoczynek na pierwszą wycieczkę fakultatywną wybrałem rejs po wysepkach Morza Śródziemnego, było bardzo ciekawie z możliwością kąpieli kilka razy i nurkowaniem z maską pośród kolorowych rybek.  Kolejnym miejscem dość ciekawym jakie udało mi się zwiedzić na następnej wycieczce była miejscowość Dalyan.

Rejs prostą drewnianą łodzią, żeby nie powiedzieć łajbą, po rzece która łączy ze sobą wody słodkie z lądu i wody słone z Morza Egejskiego, miejsce gdzie na plaży swoje miejsce lęgowe mają żółwie wodne i do tego kąpiel w błocie po wcześniejszym przyjrzeniu się Kaunos – wykutym w skale grobowcom likijskim (obrazek pierwszy z góry) – to atrakcje jakich mogłem doświadczyć na tej jednej wycieczce. Kąpiel w błocie z bardzo dużą zawartością siarki stanowiła obowiązkowy punkt wycieczki i ponoć poprawiała stan skóry, źle natomiast wpływała na srebrne elementy biżuterii, które reagują z siarką i robią się czarne, złoto tego problemu nie o ile jest autentyczne – więc można zarazem poddać swoje kosztowności prawdziwej próbie. Wizytując dość ładną plaże, na której specjalny kilku metrowy pas na piasku został wyłączony z ruchu turystycznego jako miejsce lęgowe żółwi wodnych, mogłem stwierdzić, że są jednak piękne wybrzeża w Turcji.

Wracając łodzią po rzece, plan wycieczki dawał możliwość obejrzenia ogromnych wodnych żółwi, które karmione żywymi krabami przez przewodnika, wypływały na powierzchnie wody i sprawiały ogromne wrażenie na obserwatorach, także na mnie. Dla amatorów morskich przysmaków, np. krabów, była możliwość przygotowania świeżo złowionego kraba na lodzi – nie skorzystałem z tej opcji osobiście. Po licznych atrakcjach z wcześniejszych dni pobytu, w końcu przyszedł czas na finałowe starcie z turecką, dziką przyrodą. Jednym słowem coś na co liczyłem, czyli rafting, spływ ośmioosobowym pontonem po rwącej rzece której temperatura wynosiła około 5 stopni. Sama podróż z tureckim, leciwym kierowcą, małym warkoczącym busem, z dwoma pontonami na dachu i grupą polskich turystów była dość ryzykowna i niebezpieczna. Kręte skaliste drogi, szerokie na jeden samochód, gdzie wyminięcie graniczyło z cudem, przepaście na kilkadziesiąt metrów i przed samym miejscem startu przejazd autem przez mostek, który nie miał wszystkich desek i przejście po nim byłoby ryzykowne, to wszystko było przedsmakiem raftingu. Po rozpoczęciu spływu już na samym początku wszyscy uczestnicy wylądowali w lodowatej wodzie, nakierowani pontonem na duży kamień w rzece przez samego tureckiego sternika, który bardzo dobrze się przy tym bawił widząc przerażenie w oczach uczestników. Przerwa na kąpiel w lodowatej rzece, skoki z kilkudziesięciu metrów do wąskiego koryta rzeki, jaskinie ze żmijami, przy rzece to wszystko wliczone było w spływ. A tutaj znaleziony filmik żeby nieco zobrazować moje słowa: Spływ pontonowy Turcja

Obyło się bez strat, a obiad w bazie wypadowej zwieńczył ten niesamowity spływ. Ostatnim punktem, a zarazem wycieczką fakultatywną pobytu w Turcji była wycieczka na Rodos. Było to przysłowiowe „dwa w jednym” bowiem będąc w Turcji i wybierając się w stosunkowo niedrogą, 50 kilometrową podróż katamaranem na wyspę Rodos znalazłem się na terenie pogrążonej wciąż w kryzysie Grecji. Wyspa Rodos okazała się pięknym miejscem z budzącym mój zachwyt zamkiem zakonu Joannitów i klimatem wielkiej twierdzy oraz pozostałościami po jednym z siedmiu cudów świata, mianowicie Kolosie Rodyjskim, którego zniszczyło trzęsienie ziemi.

Jednodniowy pobyt na wyspie Rodos ukazał częściowo klimat panujący na tej greckiej wyspie i dał możliwość spróbowania greckiego Ouzo. Wracając do tematu trzęsienia ziemi, to warto dodać, że podczas jednej z nocy będąc w hotelu okazało się, że ziemia się trzęsła – nie obudziłem się jednak, a usłyszałem na drugi dzień, że takie coś miało miejsce. Podsumowując Turcja okazała się dość przyjaznym krajem z ciekawym połączeniem kilku kultur, w której obowiązkowym punktem pobytu polecałbym teraz rafting. Koszty pobytu są znacznie mniejsze niż w innych krajach europejskich jak Grecja czy Włochy, a wrażenia myślę, że podobne. Tydzień pobytu w Turcji to wystarczający czas, żeby wypocząć i delektować się odrobiną Raki – popularnej tureckiej wódki anyżowej rozrabianej z wodą… Więcej zdjęć: