Tajlandia, Bangkok, buddyzm i rajskie wyspy [maj 2012]

Wybierając się w maju 2012 roku na wycieczkę do Tajlandii, czułem się dużo mniej pewnie niż w przypadku wycieczek, na których miałem okazję być wcześniej, gdzie wszystko za mnie załatwiały biura podróży. Było tak z kilku powodów. Po pierwsze odległość, która dzieli nasz kraj od Tajlandii, a jest to około 8.000 km, więc całkiem sporo i np. to trzy razy tyle co dzieli Polskę od Egiptu. Po drugie i najważniejsze jadąc do Tajlandii całą wycieczkę organizowałem sam, łącznie z rezerwacją biletów i organizacją samego wylotu z Berlina. Oczywiście nie robiłem tego w ciemno, ale z pomocą moich dobrych znajomych pracujących od jakiegoś czasu właśnie w Bangkoku (tutaj kieruję pozdrowienia i podziękowania w ich stronę). Lecąc pierwszy raz do Azji, obawiałem się paru rzeczy, łącznie z bardzo długim przelotem samolotowym, który trwał ponad 14 godzin (bo przesunięcie czasu wynosi 5 godzin, ale wraca się za to szybciej), czy też międzylądowaniem w Abu-Dhabi (Zjednoczone Emiraty Arabskie), ale i kontrastu kulturowego jaki mnie tam na miejscu spotka. Wcześniejsze wizyty jak choćby w Afryce zaznajomiły mnie co nieco z kulturą panującą na Czarnym Lądzie, ale tutaj Azja to zupełnie coś nowego, a Bangkok jako 10 milionowa aglomeracja robi wrażenie jeszcze przed przylotem na miejsce. Wszystko jednak udało się i poza małym zamieszaniem podczas wylotu z Bangkoku na lotnisku tą zwariowaną 12-dniową wycieczkę będę pamiętał do końca życia. Ale od początku. Rezerwacja biletów lotniczych odbyła się równie spontanicznie jak sama decyzja o wycieczce na około miesiąc przed. Ceny biletów wyglądają różnie w zależności od terminu i wahają się między od 1800 zł do 5000 zł, przy czym najdroższe są w okresie naszej zimy. Kupując w kwietniu bilet za około 2200 zł uznałem go za dobry zakup. Wylot nastąpił z Berlina liniami Air Berlin do Abu-Dhabi, następnie około 7 godzinny przelot wliczając w to różnicę czasu, a tam około 4-godzinne czekanie-międzylądowanie i przesiadka do linii Etihad i konkretnego samolotu – Boeinga 747 (robi wrażenie), kolejne 7 godzin lotu i takim to sposobem wylądowałem w Bangkoku. Jeszcze przed wylądowaniem należy wypełnić kartę pobytową na pokładzie samolotu, bowiem żadnych wiz i opłat turystycznych, od sierpnia 2011 roku rząd Tajlandii nie oczekuje i pozwala nam zwiedzać Tajlandię do 30 dni. Na lotnisku wymieniłem przywiezione ze sobą europejskie pieniądze, a dokładniej Euro na Tajlandzkie Baty. 1 THB = 0,10 PLN, czyli prosty rachunek dla Polaków w Tajlandii ceny dzielimy przez 10 i mamy wartość w polskich złotych. Lotnisko od miasta dzieli kilkanaście kilometrów, ale transport jest świetnie zorganizowany i prosto z lotniska kolejką dostajemy się do gwarnego centrum miasta, wybierając wcześniej jedną z dwóch opcji Blue bądź Red – jedna z nich jest pośpieszna i łączy lotnisko z centrum nie zatrzymując się po drodze na stacjach pośrednich – tą właśnie wybrałem. Po dotarciu do terminala w centrum miasta i wydostaniu się z dworca moją uwagę zwróciły kartki przyklejone w przejściach (i taki był ich cel – zwrócenie uwagi), które ostrzegały turystów przed nieuczciwymi taksówkarzami przy dworcu – pomyślałem sobie czy w końcu trafiłem na kraj, w którym nie chcą nas robić w przysłowiowego „balona”? Nie mniej o taksówkarzach w Bangkoku trzeba nieco powiedzieć, gdyż nie tylko kartki na dworcu mnie o tym ostrzegały, ale i znajomi. Wsiadając do taryfy zadbajmy o to, aby auto w kolorze różowym i kierowca w środku potwierdził, że posiada taksometr, w innym wypadku ceny mogą być wyższe kilkakrotnie, bądź cel podróży inny. Po dotarciu na miejsce i tutaj uwaga bez konkretnego adresu, a bazując na mapach Googla i zdjęciach z Internetu, mając w ręku nazwę apartamentu, udało mi się dojechać. Mimo zmęczenia podróżą, udało mi się spotkać jednego ze znajomych i udaliśmy się wieczorem do centrum. Tajska restauracja na powietrzu miłe, uśmiechnięte panie kelnerki (nie to nie to o czym możecie myśleć, a to z czego Tajlandia jest słynna, bo o tym później), krewetki, tajska zupa wypalająca język z trawą cytrynową, ryż z krabem i piwo Singha, które nie osiągało w kuflu nigdy dna, i to nie dlatego, że było magiczne, ale dlatego, że panie kelnerki uzupełniały kufel po trzech łykach, miło z ich strony, ale rachunek za kolację cierpiał… Po spożyciu pysznej azjatyckiej kolacji, udaliśmy się na jedną z ulic, która słynie z lokali nocnych i zasugerowanej wcześniej sex-turystyki. Idąc tą ulicą niczym po Red Light District w Amsterdamie, a nie była to największa z sex-ulic Bangkoku, kilkakrotnie byłem zachęcany do wejścia do środka no i w końcu udałem się do środka jednego z bardziej efektownie wyglądających lokali. Jednak lokal nie zaskoczył mnie niczym nowym poza grupą około 10 dziewczyn tańczących toples na scenie i czekających na znak, któregoś z mężczyzn. Zauważyłem, że niektórzy z bywalców serwowali dziewczynom tzw. „Lady drinki” (wódka+cola), które o dziwo wystarczały aby zdobyć ich sympatię i nieograniczone zaufanie i towarzystwo na resztę wieczoru. Po wypiciu piwa udałem się na zasłużony odpoczynek do apartamentu. Kolejnego dnia pobytu w Bangkoku udałem się na zwiedzanie miasta. Pałac robi wrażenie na turystach z całego świata, kolorowo zdobione świątynie z centralną postacią Buddy to zupełnie inny obraz niż spotykany w Europie. Po innych częściach miasta podróżowałem wraz z kierowcą popularnego „tuk-tuka” pojazdu napędzanego gazem, i zabierającego poza kierowcą 2 osoby. Co prawda widziałem też grupę 5 młodych ludzi jadących tym pojazdem więc jak widać można. Zwiedzone posągi Stojącego oraz Czarnego Buddy, wizyta w klasztorze mnichów, czy też krótkie zakupy w sklepie z pamiątkami na które nalegał kierowca kosztowały mnie około 2 zł, przeliczając tajlandzkie baty na naszą walutę. Warto dodać, że transport w Bangkoku jako w trzecim co do wielkości mieście w Azji jest zorganizowany wyśmienicie. Poza taksówkami i autobusami, kolejkami miejskimi i metrem całość dopełnia kursujący po rzece szybki statek, z którego zresztą skorzystałem wracając na miejsce noclegu. Jeszcze tego samego dnia będąc na Khaosan Road (najbardziej znana turystyczna ulica w Bangkoku), udało mi się bez problemu nabyć wycieczkę na kolejne dni – na przepiękną wyspę Ko Phi Phi – koszt przejechania klimatyzowanym autokarem na miejsce – 700 km wzdłuż granicy z Birmą wyniósł mnie 60 zł. Warto dodać, że w Tajlandii można dość tanio zaopatrzyć się w ciuchy, stąd też pomysły niektórych turystów, którzy przybywają z pustymi walizkami. Następny dzień to wyprawa na wyspę Ko Phi Phi, umówiony autokar odebrał mnie z Khaosan Road i udałem się w około 10 godzinna wycieczkę na południe. Po drodze miałem okazję przyjrzeć się z bliska zwyczajom panującym wśród mieszkańców oraz spróbować kuchni tajskiej na miejscach postoju autokaru. Po przybyciu do portowej miejscowości Krabi, wcześniej jadąc około 2 godzin tajskim „PKS-em”, udałem się do kasy w celu zakupu biletu na wyspę Ko Phi Phi. Koszt biletu na prom to około 40 zł. Położona 40 km od Krabi wysepka Ko Phi Phi jest dość znana i co ciekawe nie jeżdżą po niej żadne samochody, a motory należą do rzadkości. Po przybyciu promem na wyspę uiściłem opłatę 2 zł, której celem jest dbanie o porządek wyspy. Szukając noclegu na trzydniowy pobyt na wyspie, wiedziałem, że przystępna cena za klimatyzowany domek (2 osoby) to 1000 batów czyli 100 zł. Tak też wybrałem i miły starszy Taj wózkiem zawiózł bagaże do domku. Warunki mieszkaniowe były do przyjęcia, włączając w to telewizję i klimatyzację, a na małej jaszczurce na ścianie kończąc. Podczas trzydniowego pobytu na wyspie Ko Phi Phi poznałem kilku ciekawych ludzi, zwiedziłem kilka miejsc, jak choćby wyspa małp, na którą udałem się wypożyczonym za 20 zł kajakiem, gdzie mogłem nakarmić małpki będące w dziewiczym, niezamieszkałym środowisku, czy też „Maya Beach” słynna, piękna, plaża z filmu pt. : „Niebiańska plaża”. Wieczorne pokazy ognia na plaży, punkt widokowy na jednym z wzniesień na wyspie to wszystko sprawiało, że wyspę Ko Phi Phi opuszczałem ze smutkiem, ale czas gonił i w Bangkoku pozostało jeszcze trochę do zobaczenia. Co ciekawe wyspa Ko Phi Phi w roku 2004 została niemal całkowicie zniszczona przez tsunami, stąd też liczne znaki wskazujące drogę ewakuacji na wypadek dużej fali. Po długim powrocie promem, a potem autokarem do Bangkoku szykując się już powoli do powrotu do ojczyzny jeszcze jeden punkt wycieczki godny przytoczenia został osiągnięty. Mowa tutaj o „Lebua Skybar” (http://www.lebua.com/en/the-dome-dining/sky-bar-bangkok/) miejsce z nazwy mniej znane, ale po obejrzeniu filmu „Kac Vegas II w Bangkoku”, a zwłaszcza ostatniej sceny na dachu wieżowca wszystko staje się jasne. Będąc dzięki relacjom znajomego i jego towarzystwie na 63 piętrze hotelu, gdzie można się poczuć panem świata patrząc na Bangkok nocą, odniosłem niesamowite wrażenie, co było ukoronowaniem całej wycieczki. Podsumowując cały pobyt trzeba przyznać, że zwiedzona przeze mnie część tego niezwykle przyjaznego turystom kraju, była jedynie szybką wycieczką objazdową organizowaną na bieżąco i w pospiechu, ale za to bardzo udaną. Żałuję, że nie udało mi się zwiedzić północy kraju z miejscowością Chang Mai okolic Laosu i Kambodży, jednak decydując się na wycieczkę na Ko Phi Phi też nie mam co żałować, bo widoki i miejsca do dziś pozostają w mojej pamięci i wspomnieniach. Parę uwag praktycznych. Większość mieszkańców Bangkoku jada na ulicach. Nie dziwią więc foliowe woreczki z sosami bądź coca-colą sprzedawana „na wynos”. Mimo obaw jedzenie na ulicach jest tanie i pyszne, a sprzedawane ananasy i inne owoce smakują wybornie i inaczej niż w Europie. Piwa i alkohole są nieco droższe niż u nas, ale nie tak bardzo, aby można było z nich rezygnować ze względu na cenę. Warto kupić elektronikę, a także wspomniane wcześniej ubrania, które są naprawdę tanie. Sami ludzie mimo, że nie potrafią mówić po angielsku płynnie są uczynni, życzliwi i skłonni do pomocy, zgodnie zresztą z panującą tam buddyjską naturą i klimatem.