Egipt i polska Hurghada [lipiec 2009]

Wycieczka do Egiptu okazała się moją pierwszą, tak odważną, wakacyjną podróżą lotniczą poza nasz piękny kraj. I nie chodzi o to, że wcześniej nie wyjeżdżałem na wakacje, ale o to, że lot czarterowym samolotem był moim dziewiczym lotem i emocje pomieszane z ciekawością poznania świata same się pojawiły wbrew mojej woli. Jako miejsce tygodniowego pobytu na „czarnym lądzie”, z opcją „all inclusive”, została miejscowość Hurghada.  Miejsce to zostało ustalone wspólnie z niedawnym bankrutem, a wtedy potentatem w dziedzinie organizowania wakacji dla polskich turystów – biurem podróży Triada. Wylot nastąpił z lotniska w Goleniowie, czarterowymi liniami „Koral Blue”, a sam lot samolotem trwał około 4,5 godziny  i okazał się dość przyjemny, wliczając w to tradycyjne, burzliwe oklaski polskich turystów po wylądowaniu. Na miejscu, jak to w lipcu, w kraju faraonów, powitał mnie znamienny arabski klimat i uderzający żar z nieba (temperatura dochodziła do 40 stopni Celsjusza). Obowiązkowa wiza turystyczna na lotnisku to koszt 15 dolarów, który musiałem ponieść. Do samego Egiptu przywiozłem ze sobą dolary, które posłużyły mi za środek płatniczy. Wybrany przeze mnie 3,5 gwiazdkowy hotel, bez szklanych szyb w korytarzu prowadzącym do pokoju, sprawiał wrażenie zadbanego, a egipska obsługa hotelowa okazała się bardzo skrupulatna i kompetentna.

Warto opisać tutaj historię, która mnie spotkała. Po wizycie w centrum Hurghady, czego nie polecam ze względu na dużą ilość kupców przydrożnych, którzy oferują niemal wszystko i dość męczącej temperatury, postanowiłem spróbować arbuza, którego kupiłem u lokalnego sprzedawcy. Po powrocie do hotelu okazało się, że nie ma czym pokroić zakupionego rarytasu, szybka wizyta w hotelowej kuchni i długie oczekiwanie na pokrojenie owocu w rezultacie zdumiało mnie bardzo. Miły, egipski kucharz przyniósł pokrojony owoc na małe kawałki „trójkąty” przy czym każdy z nich z osobna owinięty był folią aluminiową – takiej obsługi życzyłbym sobie w każdej restauracji

Preferując zawsze aktywne zwiedzanie wiedziałem, że nie da się leżeć w słońcu siedmiu dni, bo już po pierwszym dniu opalania przez dwie godziny miałem opaleniznę zagwarantowaną. Postanowiłem rozejrzeć się za innymi formami spędzania czasu. Snorkling (nurkowanie w masce z rurką) i nurkowanie z butlą były dość popularne, a bogactwo fauny i flory Morza Czerwonego zachęciły mnie do spróbowania. Swoją drogą bardzo łatwo można zdobyć tam na miejscu certyfikat nurkowy PADI, jednak trzeba poświęcić na to nieco czasu jak i zasobów finansowych, nie mniej połączenie przyjemnego z pożytecznym jak najbardziej jest możliwe. Wybierając nurkowanie z butlą decydowałem się na coś czego nie robiłem wcześniej, wystarczył krótki instruktaż podczas rejsu na rafę koralową i już można było wspólnie z egipskim instruktorem i butlą na plecach podziwiać podwodna rafę koralową, co do dzisiaj pozostaje w moich wspomnieniach, zwłaszcza moment gdy pod wodą udało mi się pogłaskać murenę, co nie było zbyt mądrym posunięciem, bo widziałem później co ta ryba może zrobić chociażby z palcami nurka, ale obeszło się bez strat na szczęście.

Poza nurkowaniem, które śmiało polecam każdemu, sprawnemu turyście, nieodzownym punktem wycieczek do Egiptu są oczywiście piramidy i wizyta w Kairze. Jednak aby dojechać z popularnej wśród polskich turystów Hurghady bądź Szarm el-Szejk należy przebyć około 500 km i poświęcić na to 5-7 godzin. Po drodze można było zobaczyć różne ciekawostki jak choćby Fiat 133, który do złudzenia przypominał produkowanego w Polsce Fiata 126p (rysunek po lewej). Czy było warto? Ciężko odpowiedzieć jednoznacznie nie mniej jeden z siedmiu cudów świata warto mieć zaliczony, a poza tym warto przy okazji było poznać klimat Kairu, stolicy Egiptu. Wycieczka fakultatywna z Hurghady do Kairu odbywała się w nocy, klimatyzowanym autobusem więc poranek powitałem na miejscu, w Gizie (mieście należącym do aglomeracji Kairu) między innymi przy popularnym Sfinksie oraz znanych piramidach: Cheopsa i Chefrena oraz Mykerinosa. Warto dodać, że przy piramidach sporo egipskich „przedsiębiorców” próbowało wymusić datek tzw. „bakszysz”, jednak wiedząc o tym, że nie jest to obowiązkowe, ignorowałem ich prośby. Przejażdżki wielbłądem też nie polecam, bo opowieści mówią, że po wywiezieniu na pustynię właściciel wielbłąda zwiększa stawkę, tak aby wrócić na miejsce startu. Po zwiedzeniu okolic piramid, bowiem nie decydowałem się na wchodzenie do wnętrz jednej z piramid, skierowaliśmy się do centrum Kairu gdzie także sporo ciekawych rzeczy czekało do zwiedzenia. 

Największe wrażenie robiło na mnie Muzeum Starożyności, w którym znalazły się resztki dziedzictwa faraonów, które zebrane zostały z piramid i uchroniły je przed kradzieżą – bardzo słusznie moim zdaniem. Przy wejściu di muzeum wszystkie aparaty i telefony zostają zarekwirowane na czas zwiedzania, stąd brak zdjęć ze środka. Na własne oczy widziałem maskę Tutenhamona ważącą prawie 10 kg, przechowywaną w specjalnym pomieszczeniu z klimatyzacją. Co ciekawe dowiedziałem się, że piramidy pierwotnie pokryte były warstwą wapiennych płyt, które są widoczne obecnie jedynie na czubkach (zdjęcie po prawej). Dlaczego zostały na czubkach chyba łatwo się domyśleć. Po prostu nie dało się ich zabrać z tej wysokości. 

Wizyta w meczecie w Kairze, była także ciekawym przeżyciem choć fanem islamu nie jestem, nie mniej jak każda religia ma swoje zasady i miejsca kultu. Kobiety przy wejściu otrzymywały zielone ubrania, aby okryć swoje zbytnio odkryte części ciała, wszyscy natomiast musieli zostawić swoje obuwie przy wejściu do meczetu. Codzienne życie w Kairze skoncentrowane jest wokół życiodajnego Nilu i wygląda zwyczajnie poza doskwierającym upałem i charakterystycznym dla krajów arabskich nieco niezorganizowanym ruchem ulicznym (widziałem na własne oczy jak na rondzie auta jechały w dwóch przeciwnych kierunkach, co wywołało u mnie spore zdziwienie).

Specjalna egipska policja turystyczna czuwa nad porządkiem i bezpieczeństwem turystów nie mniej

islamski świat Kairu i ostatnie burzliwe wystąpienia społeczne w tym mieście mogą mimo wszystko sprawiać wrażenie potencjalnego niebezpieczeństwa dla turystów. Podsumowując wyprawę do Egiptu mogę stwierdzić, że nurkowanie w Morzu Czerwonym to obowiązkowy punkt wycieczki, który zapisuje się w pamięci na wiele lat i mimo braku wcześniejszych doświadczeń jest w miarę bezpieczny. Egipt jako kraj z bogatą kulturą egipską, która moim zdaniem znacznie przewyższała i przewyższa kulturę europejską, jest ciekawym krajem do zwiedzenia, pozostałe miejscowości jak choćby reklamowany w wycieczkach fakultatywnych Luksor, wpisany zresztą na listę światowego dziedzictwa UNESCO jest także godny uwagi. Nie mniej na zwiedzenie większej ilości miejsc potrzeba więcej czasu, choć z drugiej strony tydzień czasu w temperaturze powyżej 30 stopni Celsjusza to wystarczająco… Więcej zdjęć:

Comments

  1. To nie egipska wersja POLSKIEGO fiata 126p (what the hell) tylko fiat 133. No i czemu POLSKIEGO fiata, czemu ktoś miałby robić wersję wersji oryginału? 126’ka to model fiata, włoska marka, my to tylko produkowaliśmy do ciężkiej cholery, czemu wszyscy powtarzając wszędzie tą bzdurę?!

    No i jak się nie wie to się pyta, albo piszę się ‚Samochód to złudzenia przypominający fiata 126’ a nie tworzy jakieś głupoty. Nie oceniam artykułu, tylko zwracam uwagę by nie pisać jak się czegoś nie wie.

    Pozdrawiam

Comments are closed